KKP przywędrował do Gierałtowic dnia 22 kwietnia 2009 roku !!!
I od razu spotkanie to stało się ” w y d a r z e n i e m”. Sala klubowa WDK została przygotowana na 30 osób, a zagościło w niej prawie 50. Dużo było dzieci i młodzieży, a co szczególnie cieszy, to obecność wielu dorosłych, wśród nich nawet całych rodzin.
W każdym z nas odzywa się czasem jakaś tęsknota za poznawaniem czegoś nowego, nieznanego, odległego czy egzotycznego. Często z braku środków i dostatecznej mobilizacji odsuwamy realizację naszych ukrytych marzeń o podróżach. Teraz mamy chociaż namiastkę w postaci „wirtualnych podróży”, które przybliżają nam przybywający prelegenci.
Podróżnikiem tego spotkania był Seweryn Gałysz. Postać nietuzinkowa. Dzięki jego zdjęciom i opowieściom przenieśliśmy się do Ameryki Południowej.
Wszyscy słuchaliśmy z zapartym tchem, szczególnie o wyprawie na płaskowyż Roraima w Wenezueli. Z zainteresowaniem śledziliśmy na ekranie ubogie życie tamtejszych Indian, a dalej każde załamanie skały, nieznaną a bardzo rzadką roślinkę czy hotel na skale.
A w tle unosił się zapach przygotowanej niespodzianki kulinarnej “tunamelt”.
Całość pozostawiła niezatarte wspomnienia. Nie było na sali osoby, której to spotkanie nie zainteresowało. Społeczność nasza zaprasza na stałe Klub Kulinarnego Podróżnika, tym bardziej, że każdy z uczestników będzie dostawał przepis na serwowane dania.
Dziękujemy właścicielom firmy PROTECH za sponsoring.
Do zobaczenia na kolejnej egzotycznej, wirtualnej wyprawie.
GRAG
Mniej więcej rok temu, kiedy my wspólnie z rodziną, siedzieliśmy przy wigilijnym stole, Pan Edward Rys wraz z przyjaciółmi był w drodze do Maroka. Jadąc przez Barcelonę i Portugalię chciał dotrzeć do państwa Maghrebu na noc sylwestrową w Casablance. Nieoczekiwanie natrafił na największe muzułmańskie święto – Święto Ofiar. Na prelekcji dokładnie poznaliśmy obyczaje Marokańczyków w Tangerze, gdzie prelegent spędzał czas składania ofiar ze zwierząt w gościnie u muzułmańskiej rodziny. Obyczaje te nakazują głowie rodziny zabić baranka, rozdzielić jego mięso na trzy części – jedną dla siebie, jedną dla ubogich, a tą ostatnią dla swoich krewnych. Punktem kulminacyjnym spotkania były dwie potrawy – zupa z soczewicy, która tak niektórym smakowała, że chętnie zamienili by ją z Marokańczykami za polski żurek. Drugie danie , którego nazwy nikt nie jest w stanie powtórzyć, składała się z mięsa wołowego, polanego słodkim sosem ze śliwkami oraz z tradycyjnego arabskiego dodatku – kuskusu. Po spotkaniu wszyscy rozeszli się z mieszanymi uczuciami – dobrego smaku w ustach i widoku krwi i mięsa jagnięcego podwieszonego u marokańskich dachów.
Po zimnej, dalekiej wyprawie na Kan Tengri (góry Tien Szan) zdecydowaliśmy się troszkę przybliżyć się do naszego domu – Europy. Do tej pory wszystkie prelekcje omijały ten kontynent. W końcu przyszedł czas na to, by udowodnić, że Europa również potrafi być piękna i… jest piękna. Wraz z najmłodszym prelegentem w historii KKP – Iwem odwiedziliśmy w październiku hiszpańską wyspę Majorkę.
Nowa Zelandia, kraj na zupełnym końcu świata. Z Polski na wschód, jak i też na zachód, do Nowej Zelandii leci się tyle samo i za tyle samo. Mimo, że często o niej słyszymy, to jest nam mało znana. Na spotkaniu Klubu Kulinarnego Podróżnika dowiedzieliśmy się, że słowo kiwi, to nie tylko nazwa nowozelandzkiego owocu, ale także popularnego w tym kraju i ściśle chronionego ptaka nielota, który, o ironio, jest malowany przez żołnierzy na ich samolotach wojskowych. Także Nowozelandczycy nazywają siebie po prostu kiwi. Mimo, że większość narodu to ludzie przybyli z Europy, to tubylcy – Maorysi, są tu traktowani na równi z innymi, a oni sami uważają się za prawowitych władców tej ziemi i swoje stanowisko wyrażają w każdej możliwej sytuacji dzięki groźnemu tańcowi haka i czarnym tatuażom na każdej części ciała.