Zupa czosnkowa

Składniki:

  • 4 łyżki oliwy
  • 200 g białego pieczywa (czerstwego)
  • 8 ząbków czosnku
  • 100 g paprykowanej kiełbasy
  • 2 jaja
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Czosnek rozgnieść, posiekać, wrzucić na oliwę w garnku, lekko podgrzać na małym ogniu.
  • Dodać pokrojoną w kostkę suchą bułkę i wlać wodę.
  • Kiełbasę ponacinać, włożyć do zupy.
  • Jajka roztrzepać, wlać do zupy, przy ciągłym mieszaniu.

Smacznego!

Soczewica po kastylijsku

Składniki:

  • 500 g soczewicy
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 pomidor
  • 1 cebula
  • 1 zielona papryka
  • 1 główka czosnku
  • 1 liść laurowy
  • 2 goździki
  • 2 ziemniaki
  • szczypta kminu
  • szczypta ostrej papryki
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 200 g paprykowanych kiełbasek
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Wlać oliwę do garnka, lekko podgrzać.
    Wrzucić posiekaną w kostkę cebulę, zeszklić.
    Wsypać soczewicę, wrzucić liść laurowy i wlać sporo wody. Gotować prawie do miękkości soczewicy.
  • Na drugiej patelni rozgrzać oliwę, wrzucić posiekany czosnek, zrumienić. Można też najpierw opalić nad gazem całą główkę czosnku i potem go posiekać.
  • Cebulę obrać, przekroić na pół, wbić w nią 2 goździki, umieścić na patelni obok czosnku. Zrumienić z obu stron.
  • Wszystko przełożyć do garnka z soczewicą.
  • Suszone, paprykowane kiełbaski pokroić w plastry, wrzucić do garnka, dodać pokrojone w kostkę ziemniaki.
  • Pomidory obrać ze skórki, wypestkować, posiekać w kosteczkę. Przełożyć do garnka.
  • Kmin i ziarnka pieprzu rozgnieść w moździerzu, wrzucić do soczewicy, dodać ostrą i słodką paprykę w proszku oraz sól.
  • Dusić ok. pół godziny.
  • Wrzucić surowe paprykowane kiełbaski i jeszcze wszystko gotować ok. 10 minut.

Smacznego

Tuna melt- Roztopiona kanapka tuńczykowa

Składniki:

  • 2 puszki tuńczyka z wody (wodę odcedzić)
  • Seler naciowy (skroić w drobne plasterki)
  • Pomidor czerwony (skroić w kostkę)
  • Papryka zielona
  • Szczypiorek lub cebula jak kto woli
  • Zielone drylowane oliwki
  • Bazylia
  • Majonez dla nabrania konsystencji pasty
  • Plastry sera po przykrycia
  • Bułki najlepsze ciemne pieczywo – bułka fińska

Przygotowanie:

Złożyć pastę na połówki bułek, przykryć serem i opiekać w piekarniku aż do przytopienia sera. Podawać na ciepło.

Podróże kształcą…

28 lipca, we wtorkowy wilgotny poranek, gdy kogut jeszcze nie myślał nawet o pianiu, gdy słoneczko leniwie wychylało się zza horyzontu, gdy wszyscy wokoło jeszcze smacznie spali i śnili o podróżach w nieznane, przygodach i o zdobywaniu nowych, ciekawych miejsc, pewna duża grupa szaleńców z fantazją postanowiła zrealizować to, o czym często marzymy. Wczesna pora nie przeszkodziła uczestnikom w przybyciu na wyznaczone przystanki. Trochę zaspani, ale ciekawi, co nas czeka na owej wycieczce ruszyliśmy w pięciogodzinną podróż do celu, czyli Gór Stołowych, leżących w Sudetach. Młodzi uczestnicy szybko się obudzili i swą energią i zaangażowaniem umilali atmosferę i czas podróży. Aktywny był zwłaszcza tył J. W autobusie nie spędzaliśmy czasu całkiem biernie. Zostały przygotowane prelekcje na temat miejsc, do których jedziemy. To jeszcze bardziej podsyciło nasz apetyt na odkrywanie. Myślę, że młodzież została wyedukowana solidnie. Żadna grupa nie powstydziłaby się takich dwóch przewodników. Pan Gałysz zarażał nas swoją pasją podróży, która udzielała się wszystkim. Pani wójt okiem geografa rzuciła nam jasny obraz na miejsca, do których zmierzamy.

Pierwszym celem naszej podróży była góra Szczeliniec (919 m n.p.m.), leżąca w paśmie górskim Sudetów w Parku Narodowym Gór Stołowych. Zdziwiłam się. Spodziewałam się góry typu nasz Laskowiec. Może nie tylko ja…Na szczyt prowadziły nas „kulturalne”, wycięte w skale schodki z barierkami. Muszę przyznać, że zwłaszcza na początku było stromo, ale śmiało mogły tam wejść nawet panie w szpileczkach. Nasi wycieczkowicze, poprzez zróżnicowanie wieku, kondycji i innych czynników, szybko podczas wspinaczki podzielili się na trzy grupki.

1 grupa: zapaleńcy, trzymający szybkie, marszowe tempo – totalna ekstrema. Przewodził im pan Gałysz.

2 grupa: średniacy, próbujący dogonić, z marnym skutkiem, zapaleńców.

3 grupa: rekreacyjna. Panowała tam miła atmosfera i rozluźnienie. Nic na siłę. Tempo: przystanek co pięć schodów.

Chociaż młoda, czułam się w pełni przynależna do tej ostatniej z grup. Po ok. czterdziestominutowym marszu dotarliśmy do schroniska z pierwszym punktem widokowym. Przed nami był jeszcze kawałek drogi do głównego szczytu, na który też wchodziło się po schodach, tyle że metalowych. Widok z tego punktu był niesamowity, zapierał dech w piersiach. Wszystkie cztery strony świata stały dla nas otworem. Czułam się, jakbym była zaledwie malutką kropelką wody w otchłani wielkiego oceanu. W takich miejscach dopiero uświadamiamy sobie, jaki świat jest wielki, a jacy my mali. Zobaczyliśmy nawet tereny naszych czeskich sąsiadów. Po nasyceniu się tym obrazem malowanym przez Boga, przyszła pora na zejście, które okazało się prawdziwą frajdą, większą niż samo wyjście. Dlaczego? No cóż… W pewnym momencie trafiliśmy po prostu do piekła, istnej czeluści Gór Stołowych. Skały piaskowca pokazały wielkość i potęgę. Było to kamienne piekło, pełne szczelin, w których momentami było ciasno. Przez „piekiełko” do „diabelskiej kuchni”, w której wcale nie było duszno i gorąco, a na środku nie stał kociołek, a nad nim nie było diabełków. Kuchnia była zimna i wilgotna. Z niepokojem patrzyłam, czy wszyscy zdołają się przecisnąć przez te chytre pułapki Szczelińca. Po wyjściu z głębokich wąwozów, minęliśmy jeszcze wiele form skalnych, takich jak “Wielbłąd”, “Mamut”, “Słoń”, “Kwoka”, “Małpa”, “Pies”, “Żółw”, “Sowa”. Dużo emocji, zwłaszcza wśród tej „młodszej młodzieży” wzbudzała skała ochrzczona mianem „kołyski”. Chyba zasłużyła sobie, by ją tak nazywać, bo niczym nie odbiegała od oryginału, tyle że była po prostu z kamienia. Powoli, po schodkach, z nogami jak z waty dotarliśmy wreszcie do autokaru. Jeszcze spragnieni zwiedzania.

Ruszyliśmy do oddalonego o piętnaście minut drogi tzw. labiryntu skalnego, inaczej zwanego Błędnymi Skałami. Każdy zapewne zastanawiał się, czym one nas zaskoczą. Oczywiście po wejściu zrozumieliśmy, dlaczego pan Gałysz i pani wójt byli tak zafascynowani tym miejscem. Władzę nad nami znów przejęły piaskowce. Znowu byliśmy dla nich tylko nic nieznaczącym elementem. Przez tysiące lat woda wyrzeźbiła istną perełkę, diamencik. Mogłabym to porównać do takiej malutkiej polskiej miniaturki Parku Narodowego Bryce Canzon w Ameryce. Tyle, że u nas główną rolę w powstaniu tak dziwnych form skalnych, jak stołowy głaz, tunel, okręt ,kuchnia, furta, pasaż czy kurza stopka, brała woda, a tam erozja termiczno-chemiczna i kwaśne deszcze. Szliśmy naprawdę przez labirynt, mnóstwo szczelin, zakamarków, wąskich przejść, małych jaskiń, łuków, zagłębień, stopni, jam. Gdyby nie płotki (które działały denerwująco na tych co chcieli poznać to miejsce również od przysłowiowej kuchni) można byłoby wejść w kilka ślepych zaułków. Nasi wycieczkowicze znowu podzielili się na grupki.

1 grupa: Niecierpliwi (zwłaszcza młodzież i młodsi) i zaniepokojeni. Niecierpliwość była spowodowana ciekawością –„Co nas czeka dalej, co kryje się za następnym zaułkiem?”. Zaniepokojenie-„Szybciej, bo nie wiadomo, czy zdołam się przecisnąć przez następną szczelinę…?”.

2 grupa: Spokojnie, ale żwawo i z werwą. W sumie normalnie. Osoby zaciekawione, ale bez większych egzaltacji i sentymentów.

3 grupa: „Niewyżyci artystycznie fotografowie”. Jakimś dziwnym trafem znowu czułam się przynależna do tej ostatniej z grup. Cóż…Ta fascynacja była zaraźliwa.

Kiedy labirynt w końcu pozwolił nam wyjść, już zaczęliśmy myśleć o następnym obiekcie, który u wszystkich budził niemałe zainteresowanie. Była to kaplica czaszek w Czermnej. Na naszych autobusowych prelekcjach powiedziano nam, że mieści się tam 21 tysięcy czaszek. Nawet największych wycieczkowych bohaterów przebiegł dreszczyk emocji, strachu. Wielu młodych i młodszych pokazało swoje stalowe nerwy wchodząc do tej kaplicy. Ja wyobrażałam sobie, że kaplica będzie duża, jeśli mieści 21 tysięcy czaszek. Okazało się, że jest to kapliczka. Mała, wręcz ciasna. 3 tysiące czaszek i piszczeli formowało krągły kształt pomieszczenia, były wszędzie. Pozostałe 18 tysięcy leżało w krypcie pod nami. Można je było zobaczyć z góry. Ale nasuwa się pytanie -skąd wzięło się tam tyle czaszek i kości? Teraz trochę historii. Były to szczątki ofiar wojen na Ziemi Kłodzkiej i szerzących się po nich epidemiach cholery w 1680 roku. To szczególne miejsce (jedyna taka kaplica w Polsce) wzbudzało wiele emocji. Przerażała świadomość ilości straconych ludzkich istnień. Wejście do kaplicy było dla nas chwilą sprzecznych uczuć. Niedowierzanie, że właśnie stoję w pomieszczeniu, który jest grobowcem 21 tysięcy ludzi, powaga sytuacji. Na pewno odwiedzenie tego zabytku historycznego pozostanie w mej pamięci do końca życia. Ważny w czasie przebywania w środku był moment skupienia, refleksji i powagi. Warto było zastanowić się, jak kruche jest ludzkie życie i jak szybko przecieka nam między palcami.

Ostatnim już obiektem do odwiedzenia, przed dłuższą chwilą wytchnienia, przed męczącym powrotem do domu, było Muzeum Żaby w miejscowości Kudowa-Zdrój. Powiem tyle: nigdy nie widziałam tak śmiesznego muzeum. Nie było ono typowe i nudne (pomijając kilka prawie niezauważalnych okazów zakonserwowanych w formalinie). Malutkie pomieszczenie mieściło setki kolorowych żab ze szkła, porcelany, różnych tworzyw, minerałów, żabich gadżetów itp. Jak w sklepie z zabawkami. W drodze powrotnej z Muzeum Żab, już prawie turlając się z górki, znaleźliśmy się jeszcze w pijalni wód mineralnych. Każdy spróbował, nie każdemu smakowało, ale podobno co niedobre, to najzdrowsze…Na koniec mieliśmy chwilę dla siebie.

Po dniu pełnym wrażeń, musieliśmy już niestety wracać. Żegnaliśmy powoli Sudety i Góry Stołowe. Z żalem, bo kto wie, co one jeszcze kryją, co mogliśmy w nich jeszcze zobaczyć i odkryć. Uważam, że wycieczka była bardzo udana, na pewno podobała się wszystkim, i małym, i tym dużym. Polecam każdemu odwiedzenie tych miejsc. Każdy może znaleźć coś dla siebie. Z radością muszę wykrzyknąć to znane od wieków powiedzenie. Podróżujcie jak najwięcej, zwiedzajcie, odkrywajcie, zarażajcie tym innych, bo PODRÓŻE KSZTAŁCĄ!!!

Ola Cinal

Biały człowiek nie rozumie wszystkiego …

Przekonaliśmy się, że faktycznie nie wiemy wszystkiego o świecie Ameryki Południowej.

W świat Amazonii próbował nas jednak wprowadzić ksiądz misjonarz Jan Sopicki pochodzący z Frydrychowic, który w Brazylii spędził wiele lat. Ksiądz z portugalskim akcentem opowiadał o ogromnych rozlewiskach rzeki Amazonki, mogliśmy się także przekonać, że Rio Negro jest czarna, a Rio Bianco- biała.  Nikt z nas nie mógł uwierzyć, że szerokość Amazonki przekracza 40 km i w pewnym miejscu sięga 94km! Skosztowaliśmy również żółwia i krokodyla … ale na szczęście tylko z kulinarnych zdjęć księdza. Jednak punktem kulminacyjnym spotkania były opowieści o dzieciach znad tamtych rzek i ich problemach. Chyba każdy wzruszył się, kiedy oglądał fotografie biednych chłopców i dziewczynek płynących przez wodę z miskami zupy dla młodszego rodzeństwa po drugiej stronie rzeki. Opowiadania księdza o braku żywności, środków do życia i ubrań oraz jednoczesny uśmiech i radość tubylców zadziwiały wszystkich.

Wtedy każdy z nas chciał pomóc… Lecz niewielu może zostać prawdziwym misjonarzem oddającym się ludziom i Bogu na całe życie.

Po niewielkim posiłku typowym dla Amazonii, zadaniu kilku pytań konkursowych czas umilił nam nasz gościa-prelegent prezentując kilka brazylijskich piosenek przy akompaniamencie akordeonu. Zadowoleni i myślę, że bardziej szanujący to, co mamy, zakończyliśmy kolejne spotkanie w Klubie Podróżnika.

Iwo Gurdek

W ramach wsparcia działalności misyjnej dorośli uczestnicy klubu w spontanicznej zbiórce pieniędzy, przekazali księdzu ponad 360 zł na dalszą działalność wśród Indian Brazylii.

W czerwcu w KKP miała miejsce prelekcja o Etiopii, podczas której znani z wcześniejszego spotkania o Kenii prelegenci – Bożena i Staszek – przyrządzili injera –kwaśny naleśnik – przysmak etiopski. Serwowano także ostre sosy, palono mirrę – antyczne kadzidło. Sala została przyozdobiona trawą według uroczystego zwyczaju witania gości z tego odległego kraju. Zwyczajowo na koniec spotkania zadawano pytania skierowane do młodzieży, a prawidłowe odpowiedzi zostały nagrodzone amharskimi monetami i banknotami. Najbardziej zasłużeni młodzi klubowicze ( Pamela Gurdek, Iwo Gurdek i Paweł Herma) zostali przez Staszka i Bożenę nagrodzeni pięknymi zdjęciami dzikich plemion z południa kraju. Klub Kulinarnego Podróżnika także otrzymał piękne zdjęcie, które będzie zdobiło naszą salę. Na spotkanie przybyło 75 osób.

Dawno, dawno temu. Za siedmioma górami, za ośmioma lasami i za sześcioma rzekami powstał…. O nie. Nie tak…. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za rzekami….. NIE!!! STOP!! To zabrnęło już za daleko. Przecież wszyscy wiedzą, że tego nie można opowiadać tak….normalnie. Nie można  zacząć normalnie, bo to jest coś niezwykłego. Owszem, kwalifikuje się do grupy bajek, bo to jest prawie jak bajka. Powstało tak nagle,  z rozmachem i sprawia, że wszyscy czują się tam jak, jak, … no jak w bajce….

Jest to Klub Kulinarnego Podróżnika, w którym poznajemy, jak wspaniały może być ( i jest) świat. Dowiadujemy się, że podróżnikiem może zostać KAŻDY. Wystarczą tylko chęci i determinacja. Tutaj nasuwa się stwierdzenie:

„Podróżnik bez chęci, to jak żołnierz bez karabinu.”

Wraz z KKP poznaliśmy bardzo dużo krajów. Od zimnej Alaski przez ciepłe Hawaje, Wenezuelę, Etiopię do wulkanicznej Indonezji. W międzyczasie zatrzymywaliśmy się, żeby coś oczywiście zjeść. Za tę włożoną pracę wszystkim założycielom KKP należą się WIELKIE BRAWA!!!!

Lepiej nie, zapomniałam, że brawom nie byłoby końca:):).

Oby KKP trwał nadal i wciąż się rozwijał, bo to naprawdę świetny pomysł. A teraz przejdźmy do rzeczy. Kazano mi opisać, przepraszam nie kazano, tylko poproszono o opisanie ostatnich dwóch spotkań Klubu. No, jak było??? Jak zawsze fajnie. Jak już chyba wiecie lub pamiętacie spotkanie w czerwcu było o Etiopii. Prelegentką była Pani Bożena. Trzeba przyznać, że opowiadała bardzo ciekawie i interesująco. Gdy atmosfera troszkę zwalniała, to podkręcał ją mąż pani Bożeny, pan Stanisław. Na początku prelekcji wszyscy byli wystraszeni, że nie będzie zdjęć, (złośliwość rzeczy martwych – o ile za takową może uchodzić komputer), ale na szczęście wszystko się naprawiło i doskonale nam służyło. Etiopia to kraj kojarzący się z dziećmi o dużych brzuszkach, a przede wszystkim z biedą i głodem. Pani Bożena wyjaśniła nam, że duże brzuszki są nie przez biedę, lecz przez zanieczyszczoną wodę. Powiedziała nam, że obecnie mało osób umiera z głodu.

Pamela Gurdek

Z pamiętnika KKP

11 kwietnia

Kolejna wyprawa klubu. Tym razem naszym przewodnikiem po Kenii jest Pan Stanisław. Wyprawa z KKP jest fantastyczna. Wczoraj zobaczyliśmy trzy z pięciu najbardziej niebezpiecznych zwierząt Afryki: słonia, nosorożca i  lwa!!!!!!!!! Było bardzo ekscytująco. Dzisiaj jesteśmy w wiosce Buszmenów, a jutro będziemy u Masajów. Poznajemy przedziwne zwyczaje tych ludzi. Nosimy buty z opony i nie są one tak strasznie niewygodne:). Codziennie pijemy dużo Coca coli gdyż podobno jest to zdrowe w Afryce. Było śmiesznie gdy na drzewach zobaczyliśmy kiełbasy, a naprawdę było to drzewo kiełbasiane. Spotkaliśmy również Góralika – czyli zwierzę wielkości królika, a spokrewnione ze słoniem:). Czasami czujemy się jak bohaterowie filmu „Duch i mrok” bądź książki „Biała Masajka”. Natknęliśmy się również na kieszonkowców, lecz nie byli to złodzieje-ludzie, lecz złodzieje-małpy:) Ujrzeliśmy także po raz pierwszy zwierzaka o bardzo długiej szyi, a mianowicie żyrafę. Trzeba przyznać, że w Kenii jest wbrew pozorom dużo zwierząt. Od słonia afrykańskiego do flamingów. Kenijska kuchnia jest troszkę ostra, lecz wszystkim bardzo smakuje.

9 maja

Dzisiaj odbyła się wspaniała podróż pod opieką Jarka. Zajechaliśmy aż do Indonezji. Do kraju wulkanów, wysp, kauczuku, tytoniu i ryżu. Było dość niebezpiecznie gdy na wyspie Komodo spotkaliśmy ogromnego i bardzo niebezpiecznego warana – największą jaszczurkę świata. Nurkowaliśmy również w pięknej indonezyjskiej rafie koralowej i podziwialiśmy wspaniałe podmorskie widoki. Wszystkim się bardzo podobało gdy popłynęliśmy na Jawę i zaglądaliśmy do wnętrza wulkanów. Było nam dość ciężko się porozumieć gdyż w Indonezji ludzie posługują się aż ponad dwustoma językami, ale z naszym przewodnikiem nie było problemu. Byliśmy bardzo zdziwieni gdy nam powiedziano, że Indonezja ma taką flagę jak Polska, lecz do góry nogami. Bardzo nam zasmakowała tamtejsza kuchnia. Już nie możemy się doczekać kolejnej wyprawy z KKP i tym razem będzie to Etiopia. Do zobaczenia 13.06.2008r na kolejnym spotkaniu.

Pamela Gurdek

Organizatorzy KKP pragną podziękować woluntariuszkom paniom: Joli Palce, Irenie Zarembie oraz Halinie Smolik za pomoc w przygotowaniu egzotycznych dań oraz za życzliwość władz gminy w postaci zobowiązania pani wójt pokrycia kosztów 1 – dniowej wycieczki dla uczestników spotkań KKP. To wspaniała wiadomość że nasza impreza uzyskała uznanie i wsparcie od władz samorządowych. Na następnym spotkaniu wspólnie zastanowimy się nad celem wycieczki.

Pierwszy rok działalności.

W lutym Klub Kulinarnego Podróżnika odbył krótką wizytę samolotem na kontynent za oceanem, a konkretnie na Wschodnie Wybrzeże USA. Skorzystaliśmy z doświadczeń naszych przewodników – Urszuli Gałysz i Kazimierza Skowrona. Chyba najdłużej przebywaliśmy w mieście finansów i interesów – w Nowym Jorku oraz w bardzo ważnym miejscu dla Stanów Zjednoczonych, bo w samej stolicy – w Waszyngtonie. Pomachaliśmy “wielkiej Pani”, która nam nie odmachała, ponieważ była zajęta przyjmowaniem gości, czyli zobaczyliśmy Statuę Wolności, spenetrowaliśmy Biały Dom, a po ciekawej, lecz wyczerpującej wizycie w muzeach pojechaliśmy żółtą taxi do Central Parku, by odpocząć od zgiełku Nowego Jorku. Nie zabrakło również tradycyjnego dania z tego regionu, czyli pysznych hamburgerów z wyśmienitym sosem barbecue. Po powrocie odbył się konkurs zdobytej wiedzy w czasie tej wyprawy, a nagrodą był szczęśliwy amerykański dolar.

Klub Kulinarnego Podróżnika cieszy się wielkim uznaniem wśród mieszkańców Wieprza i nie tylko. Padł rekord – na prelekcję o Wenezueli przybyło 78 zapalonych podróżników gotowych do niebezpiecznych przeżyć i podróży.

Tym razem wrażeniami i świeżo zdobytymi doświadczeniami dzielił się z nami Seweryn Gałysz. Na prelekcji wstąpiliśmy do raju na Ziemi, czyli do Trynidadu i Tobago, wyszliśmy na górę dziwnych snów i odwiedziliśmy Indian w delcie Orinoko. Oczywiście mieliśmy okazję „zobaczenia” niebezpiecznych pająków w dżungli, głodnych piranii, cudownych ptaków i dziwnego jedzenia. „Spotkaliśmy” niesamowitych ludzi, którzy mają niezwykłe podejście do życia i do otaczającego ich świata.

Jednym słowem było dziko u Indian, niebezpiecznie w dżungli, fascynująco na Trynidadzie oraz… mokro w butach. Zjedliśmy pyszne ciasto i świetnie bawiliśmy się na urodzinach naszego klubu.

Pamela Gurdek

Już prawie rok:)

Klub Kulinarnego Podróżnika (KKP) w lutym będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny. W ciągu 12 spotkań mieszkańcy Gminy Wieprz wirtualnie podróżowali po całym świecie – od Hawajów na zachodzie, po Japonię na wschodzie i od Alaski na północy aż po Australię na południu. W marzeniach, ale na jawie, wspinali się na największe góry świata Himalaje, zaglądali do wulkanów w Meksyku. Naprawdę jedli szaszłyki gruzińskie, zupę z ośmiornic, taco i lalalu. Dotykali prawdziwego sari z Indii i szarawarów z Iranu. Słuchali niezwykłych historii i egzotycznej muzyki.

Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że Klub Kulinarnego Podróżnika ma się świetnie i będzie kontynuowany przez następne miesiące. Lista przyszłych prelegentów jest już przygotowana. Dzięki sponsoringowi Banku Spółdzielczego w Andrychowie  (dokładniej pani prezes Małgorzaty Matusiak, która uznała ideę KKP za wartą wsparcia finansowego) możemy ciągle podróżować nie opuszczając granic gminy Wieprz.

Organizatorzy klubu są wdzięczni za to wsparcie. Myślę, że po otworzeniu bankomatu w filii banku w Wieprzu, niektórzy klubowicze chętnie otworzą swoje konta w BS, zamiast trzymać pieniądze w wielkich bankach zupełnie niezainteresowanych życiem lokalnej społeczności.

Także uczestnicy swoim wsparciem i zainteresowaniem spotkaniami stanowią gwarant funkcjonowania klubu. Bez nich żadna impreza nie mogłaby się odbyć. A jest się czym chwalić! Zaczynaliśmy od 12 osób – w tym większość uczestników stanowili znajomi lub własne rodziny, obecnie 50 osób na spotkaniach to standard. Rekord padł w listopadzie, gdy odwiedziło nas 75 osób i trzeba było zdemontować wiatrołap, gdyż pomieszczenie klubowe okazało się zbyt małe!

W grudniu prezentowaliśmy spotkanie dotyczące Australii, a w styczniu „odwiedziliśmy” Wyspy Zielonego Przylądka. Prelegenci przyjeżdżali do nas z Warszawy, Łodzi, Krakowa, Katowic. Następni przyjadą z Wrocławia, Lublina i Gdyni.

Najważniejsze jest jednak to, że w naszych spotkaniach uczestniczy młodzież. Co więcej, KKP wpływa na ich zainteresowania nauką geografii, historii, języków obcych a nawet na czytelnictwo. W bibliotece wzrosła ilość wypożyczanych książek podróżniczych i geograficznych.

KKP – impreza, która powstała dzięki sugestii pani Lucyny Grochol, staje się czymś stałym i popularnym. Ostatnio zaproponowano firmowe logo Klubu przedstawiające sztućce a pomiędzy nimi planetę Ziemię. Planujemy wydrukować naklejki a także koszulki firmowe (szukamy sponsorów) dla uczestników klubu. Po roku działalności i systematycznym rozwoju wszystko jest możliwe.

Seweryn Gałysz

P.S. Zapraszamy na spotkanie: 15.02.2008r. o godz.19:00 – WSCHODNIE WYBRZEŻE USA. Jak zwykle będzie etniczna żywność oraz film.

,,Fajny pomysł ten Klub Podróżnika…”

Pani ,,od przyrody” zapraszała nas na wyprawę, na Alaskę. I wybrałem się razem z Tatą na spotkanie Klubu Kulinarnego Podróżnika do Wieprza. Tak, tym razem opowiadano

o Alasce, pokazywano zdjęcia alaskańskich krajobrazów. Dowiedziałem się różnych ciekawych rzeczy, których nie ma nawet w encyklopediach. Wiele z tych wiadomości będę mógł wykorzystać w szkole. Miałem także okazję kosztować łososia, rybę która żyje w tamtejszych wodach. Do domu przywiozłem 50 centów amerykańskich – wygraną w konkursie podsumowującym prezentację. Był to miły i niezapomniany wieczór. Mama stwierdziła, że za miesiąc jedzie z nami i już cieszymy się na prelekcję o Australii.

Wszystkim polecam!

Krzyś Saferna z Przybradza