Makaron Bigoli z sosem sardelowym

Składniki:

  • 500 g makaronu Bigoli
  • 4 sardele
  • 4 łyżki oliwy
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • pęczek natki pietruszki

Przygotowanie:

Przygotować sos: sardele oczyścić z soli pod bieżącą wodą i odfiletować. Pokroić bardzo drobno cebulę i czosnek. Oliwę rozgrzać lekko na patelni, wrzucić nań cebulę i czosnek, zeszklić , cały czas mieszając.
Dodać posiekane sardele i podgrzewać aż się rozpadną. Zmniejszyć ogień i dorzucić posiekaną natkę pietruszki.
Ugotować makaron (gotować wystarczy ok. 3 minuty). Polać go sosem sardelowym, wymieszać, można jeszcze dolać trochę świeżej oliwy. Zamiast sosu sardelowego, zwanego w okolicach Wenecji salsą, można przygotować pastę z zielonych oliwek (trzeba ją wrzucić na patelnię, podsmażyć i posypać startym serem np. parmezanem).

Bolitas klopsiki

Składniki:

  • 3/4 kg mielonej wołowiny
  • 1 szklanka ryżu
  • 3 łyżki oleju ryżowego
  • 3 łyżki mąki
  • 2 szklanki pasty pomidorowej
  • 1 szklanka bulionu wołowego
  • 1 cebula
  • 1 papryczka chili
  • 1 jajko
  • 2 – 3 ząbki czosnku
  • 1 liść laurowy
  • 1 pęczek natki pietruszki
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Rozgrzać olej na patelni, wsypać pokrojoną cebulę, zrumienić.
  • Dodać posiekany czosnek, smażyć razem z cebulą 2 – 3 minuty.
  • Dodać puree z pomidorów (nie koncentrat lecz pastę), wlać bulion wołowy, dodać liść laurowy.
  • Z papryczki chili ostrożnie usunąć środek z gniazdem nasiennym.
  • Pokroić ją na paseczki, wrzucić na patelnię, całość dusić razem.
  • W ten sposób powstaje podstawa sosu.
  • Do zmielonego mięsa wołowego wrzucić surowy ryż, 1 jajko, sól, pieprz, wyrabiać pulpeciki, otaczać
  • w mące i wrzucać do sosu.
  • Klopsiki powinny być całkowicie przykryte sosem (w razie potrzeby dolać bulionu).
  • Gotować pod przykryciem, na małym ogniu, ok. 40 minut.
  • Ryż w środku musi być całkowicie miękki.
  • Klopsiki wyłożyć na półmisek, posypać natką pietruszki.

Fabada

Składniki:

  • 0,5 kg wędzonego boczku
  • 1 kaszanka
  • 1 paprykowana kiełbasa
  • 2 czerwone papryki
  • 3 cebule
  • 3 ząbki czosnku
  • 0,5 kg dużej białej fasoli
  • 3 łyżki oliwy
  • 2 l wody
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Fasolę namoczyć.
  • Pozostałe składniki pokroić w drobną kostkę i podsmażyć na oliwie.
  • Przełożyć do garnka.
  • Dodać fasolę, dusić kilka godzin.

Smacznego!

Kotlety schabowe w winie

Składniki:

  • 4 kotlety schabowe
  • 4 ząbki czosnku
  • 0,5 szklanki czerwonego wina
  • 1 pęczek tymianku
  • 2 jaja
  • 1 szklanka bułki tartej
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Kotlety rozbić tępą stroną noża, wrzucić do miski.
  • Dodać posiekany czosnek, nieco tymianku, pieprz i wino.
  • Wymieszać i marynować mięso minimum 40 minut.
  • Wyjąć mięso z marynaty, posolić, panierować w jajku i bułce tartej.
  • Smażyć na oliwie.

Zupa czosnkowa

Składniki:

  • 4 łyżki oliwy
  • 200 g białego pieczywa (czerstwego)
  • 8 ząbków czosnku
  • 100 g paprykowanej kiełbasy
  • 2 jaja
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Czosnek rozgnieść, posiekać, wrzucić na oliwę w garnku, lekko podgrzać na małym ogniu.
  • Dodać pokrojoną w kostkę suchą bułkę i wlać wodę.
  • Kiełbasę ponacinać, włożyć do zupy.
  • Jajka roztrzepać, wlać do zupy, przy ciągłym mieszaniu.

Smacznego!

Soczewica po kastylijsku

Składniki:

  • 500 g soczewicy
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 pomidor
  • 1 cebula
  • 1 zielona papryka
  • 1 główka czosnku
  • 1 liść laurowy
  • 2 goździki
  • 2 ziemniaki
  • szczypta kminu
  • szczypta ostrej papryki
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 200 g paprykowanych kiełbasek
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Wlać oliwę do garnka, lekko podgrzać.
    Wrzucić posiekaną w kostkę cebulę, zeszklić.
    Wsypać soczewicę, wrzucić liść laurowy i wlać sporo wody. Gotować prawie do miękkości soczewicy.
  • Na drugiej patelni rozgrzać oliwę, wrzucić posiekany czosnek, zrumienić. Można też najpierw opalić nad gazem całą główkę czosnku i potem go posiekać.
  • Cebulę obrać, przekroić na pół, wbić w nią 2 goździki, umieścić na patelni obok czosnku. Zrumienić z obu stron.
  • Wszystko przełożyć do garnka z soczewicą.
  • Suszone, paprykowane kiełbaski pokroić w plastry, wrzucić do garnka, dodać pokrojone w kostkę ziemniaki.
  • Pomidory obrać ze skórki, wypestkować, posiekać w kosteczkę. Przełożyć do garnka.
  • Kmin i ziarnka pieprzu rozgnieść w moździerzu, wrzucić do soczewicy, dodać ostrą i słodką paprykę w proszku oraz sól.
  • Dusić ok. pół godziny.
  • Wrzucić surowe paprykowane kiełbaski i jeszcze wszystko gotować ok. 10 minut.

Smacznego

Tuna melt- Roztopiona kanapka tuńczykowa

Składniki:

  • 2 puszki tuńczyka z wody (wodę odcedzić)
  • Seler naciowy (skroić w drobne plasterki)
  • Pomidor czerwony (skroić w kostkę)
  • Papryka zielona
  • Szczypiorek lub cebula jak kto woli
  • Zielone drylowane oliwki
  • Bazylia
  • Majonez dla nabrania konsystencji pasty
  • Plastry sera po przykrycia
  • Bułki najlepsze ciemne pieczywo – bułka fińska

Przygotowanie:

Złożyć pastę na połówki bułek, przykryć serem i opiekać w piekarniku aż do przytopienia sera. Podawać na ciepło.

Podróże kształcą…

28 lipca, we wtorkowy wilgotny poranek, gdy kogut jeszcze nie myślał nawet o pianiu, gdy słoneczko leniwie wychylało się zza horyzontu, gdy wszyscy wokoło jeszcze smacznie spali i śnili o podróżach w nieznane, przygodach i o zdobywaniu nowych, ciekawych miejsc, pewna duża grupa szaleńców z fantazją postanowiła zrealizować to, o czym często marzymy. Wczesna pora nie przeszkodziła uczestnikom w przybyciu na wyznaczone przystanki. Trochę zaspani, ale ciekawi, co nas czeka na owej wycieczce ruszyliśmy w pięciogodzinną podróż do celu, czyli Gór Stołowych, leżących w Sudetach. Młodzi uczestnicy szybko się obudzili i swą energią i zaangażowaniem umilali atmosferę i czas podróży. Aktywny był zwłaszcza tył J. W autobusie nie spędzaliśmy czasu całkiem biernie. Zostały przygotowane prelekcje na temat miejsc, do których jedziemy. To jeszcze bardziej podsyciło nasz apetyt na odkrywanie. Myślę, że młodzież została wyedukowana solidnie. Żadna grupa nie powstydziłaby się takich dwóch przewodników. Pan Gałysz zarażał nas swoją pasją podróży, która udzielała się wszystkim. Pani wójt okiem geografa rzuciła nam jasny obraz na miejsca, do których zmierzamy.

Pierwszym celem naszej podróży była góra Szczeliniec (919 m n.p.m.), leżąca w paśmie górskim Sudetów w Parku Narodowym Gór Stołowych. Zdziwiłam się. Spodziewałam się góry typu nasz Laskowiec. Może nie tylko ja…Na szczyt prowadziły nas „kulturalne”, wycięte w skale schodki z barierkami. Muszę przyznać, że zwłaszcza na początku było stromo, ale śmiało mogły tam wejść nawet panie w szpileczkach. Nasi wycieczkowicze, poprzez zróżnicowanie wieku, kondycji i innych czynników, szybko podczas wspinaczki podzielili się na trzy grupki.

1 grupa: zapaleńcy, trzymający szybkie, marszowe tempo – totalna ekstrema. Przewodził im pan Gałysz.

2 grupa: średniacy, próbujący dogonić, z marnym skutkiem, zapaleńców.

3 grupa: rekreacyjna. Panowała tam miła atmosfera i rozluźnienie. Nic na siłę. Tempo: przystanek co pięć schodów.

Chociaż młoda, czułam się w pełni przynależna do tej ostatniej z grup. Po ok. czterdziestominutowym marszu dotarliśmy do schroniska z pierwszym punktem widokowym. Przed nami był jeszcze kawałek drogi do głównego szczytu, na który też wchodziło się po schodach, tyle że metalowych. Widok z tego punktu był niesamowity, zapierał dech w piersiach. Wszystkie cztery strony świata stały dla nas otworem. Czułam się, jakbym była zaledwie malutką kropelką wody w otchłani wielkiego oceanu. W takich miejscach dopiero uświadamiamy sobie, jaki świat jest wielki, a jacy my mali. Zobaczyliśmy nawet tereny naszych czeskich sąsiadów. Po nasyceniu się tym obrazem malowanym przez Boga, przyszła pora na zejście, które okazało się prawdziwą frajdą, większą niż samo wyjście. Dlaczego? No cóż… W pewnym momencie trafiliśmy po prostu do piekła, istnej czeluści Gór Stołowych. Skały piaskowca pokazały wielkość i potęgę. Było to kamienne piekło, pełne szczelin, w których momentami było ciasno. Przez „piekiełko” do „diabelskiej kuchni”, w której wcale nie było duszno i gorąco, a na środku nie stał kociołek, a nad nim nie było diabełków. Kuchnia była zimna i wilgotna. Z niepokojem patrzyłam, czy wszyscy zdołają się przecisnąć przez te chytre pułapki Szczelińca. Po wyjściu z głębokich wąwozów, minęliśmy jeszcze wiele form skalnych, takich jak “Wielbłąd”, “Mamut”, “Słoń”, “Kwoka”, “Małpa”, “Pies”, “Żółw”, “Sowa”. Dużo emocji, zwłaszcza wśród tej „młodszej młodzieży” wzbudzała skała ochrzczona mianem „kołyski”. Chyba zasłużyła sobie, by ją tak nazywać, bo niczym nie odbiegała od oryginału, tyle że była po prostu z kamienia. Powoli, po schodkach, z nogami jak z waty dotarliśmy wreszcie do autokaru. Jeszcze spragnieni zwiedzania.

Ruszyliśmy do oddalonego o piętnaście minut drogi tzw. labiryntu skalnego, inaczej zwanego Błędnymi Skałami. Każdy zapewne zastanawiał się, czym one nas zaskoczą. Oczywiście po wejściu zrozumieliśmy, dlaczego pan Gałysz i pani wójt byli tak zafascynowani tym miejscem. Władzę nad nami znów przejęły piaskowce. Znowu byliśmy dla nich tylko nic nieznaczącym elementem. Przez tysiące lat woda wyrzeźbiła istną perełkę, diamencik. Mogłabym to porównać do takiej malutkiej polskiej miniaturki Parku Narodowego Bryce Canzon w Ameryce. Tyle, że u nas główną rolę w powstaniu tak dziwnych form skalnych, jak stołowy głaz, tunel, okręt ,kuchnia, furta, pasaż czy kurza stopka, brała woda, a tam erozja termiczno-chemiczna i kwaśne deszcze. Szliśmy naprawdę przez labirynt, mnóstwo szczelin, zakamarków, wąskich przejść, małych jaskiń, łuków, zagłębień, stopni, jam. Gdyby nie płotki (które działały denerwująco na tych co chcieli poznać to miejsce również od przysłowiowej kuchni) można byłoby wejść w kilka ślepych zaułków. Nasi wycieczkowicze znowu podzielili się na grupki.

1 grupa: Niecierpliwi (zwłaszcza młodzież i młodsi) i zaniepokojeni. Niecierpliwość była spowodowana ciekawością –„Co nas czeka dalej, co kryje się za następnym zaułkiem?”. Zaniepokojenie-„Szybciej, bo nie wiadomo, czy zdołam się przecisnąć przez następną szczelinę…?”.

2 grupa: Spokojnie, ale żwawo i z werwą. W sumie normalnie. Osoby zaciekawione, ale bez większych egzaltacji i sentymentów.

3 grupa: „Niewyżyci artystycznie fotografowie”. Jakimś dziwnym trafem znowu czułam się przynależna do tej ostatniej z grup. Cóż…Ta fascynacja była zaraźliwa.

Kiedy labirynt w końcu pozwolił nam wyjść, już zaczęliśmy myśleć o następnym obiekcie, który u wszystkich budził niemałe zainteresowanie. Była to kaplica czaszek w Czermnej. Na naszych autobusowych prelekcjach powiedziano nam, że mieści się tam 21 tysięcy czaszek. Nawet największych wycieczkowych bohaterów przebiegł dreszczyk emocji, strachu. Wielu młodych i młodszych pokazało swoje stalowe nerwy wchodząc do tej kaplicy. Ja wyobrażałam sobie, że kaplica będzie duża, jeśli mieści 21 tysięcy czaszek. Okazało się, że jest to kapliczka. Mała, wręcz ciasna. 3 tysiące czaszek i piszczeli formowało krągły kształt pomieszczenia, były wszędzie. Pozostałe 18 tysięcy leżało w krypcie pod nami. Można je było zobaczyć z góry. Ale nasuwa się pytanie -skąd wzięło się tam tyle czaszek i kości? Teraz trochę historii. Były to szczątki ofiar wojen na Ziemi Kłodzkiej i szerzących się po nich epidemiach cholery w 1680 roku. To szczególne miejsce (jedyna taka kaplica w Polsce) wzbudzało wiele emocji. Przerażała świadomość ilości straconych ludzkich istnień. Wejście do kaplicy było dla nas chwilą sprzecznych uczuć. Niedowierzanie, że właśnie stoję w pomieszczeniu, który jest grobowcem 21 tysięcy ludzi, powaga sytuacji. Na pewno odwiedzenie tego zabytku historycznego pozostanie w mej pamięci do końca życia. Ważny w czasie przebywania w środku był moment skupienia, refleksji i powagi. Warto było zastanowić się, jak kruche jest ludzkie życie i jak szybko przecieka nam między palcami.

Ostatnim już obiektem do odwiedzenia, przed dłuższą chwilą wytchnienia, przed męczącym powrotem do domu, było Muzeum Żaby w miejscowości Kudowa-Zdrój. Powiem tyle: nigdy nie widziałam tak śmiesznego muzeum. Nie było ono typowe i nudne (pomijając kilka prawie niezauważalnych okazów zakonserwowanych w formalinie). Malutkie pomieszczenie mieściło setki kolorowych żab ze szkła, porcelany, różnych tworzyw, minerałów, żabich gadżetów itp. Jak w sklepie z zabawkami. W drodze powrotnej z Muzeum Żab, już prawie turlając się z górki, znaleźliśmy się jeszcze w pijalni wód mineralnych. Każdy spróbował, nie każdemu smakowało, ale podobno co niedobre, to najzdrowsze…Na koniec mieliśmy chwilę dla siebie.

Po dniu pełnym wrażeń, musieliśmy już niestety wracać. Żegnaliśmy powoli Sudety i Góry Stołowe. Z żalem, bo kto wie, co one jeszcze kryją, co mogliśmy w nich jeszcze zobaczyć i odkryć. Uważam, że wycieczka była bardzo udana, na pewno podobała się wszystkim, i małym, i tym dużym. Polecam każdemu odwiedzenie tych miejsc. Każdy może znaleźć coś dla siebie. Z radością muszę wykrzyknąć to znane od wieków powiedzenie. Podróżujcie jak najwięcej, zwiedzajcie, odkrywajcie, zarażajcie tym innych, bo PODRÓŻE KSZTAŁCĄ!!!

Ola Cinal

Biały człowiek nie rozumie wszystkiego …

Przekonaliśmy się, że faktycznie nie wiemy wszystkiego o świecie Ameryki Południowej.

W świat Amazonii próbował nas jednak wprowadzić ksiądz misjonarz Jan Sopicki pochodzący z Frydrychowic, który w Brazylii spędził wiele lat. Ksiądz z portugalskim akcentem opowiadał o ogromnych rozlewiskach rzeki Amazonki, mogliśmy się także przekonać, że Rio Negro jest czarna, a Rio Bianco- biała.  Nikt z nas nie mógł uwierzyć, że szerokość Amazonki przekracza 40 km i w pewnym miejscu sięga 94km! Skosztowaliśmy również żółwia i krokodyla … ale na szczęście tylko z kulinarnych zdjęć księdza. Jednak punktem kulminacyjnym spotkania były opowieści o dzieciach znad tamtych rzek i ich problemach. Chyba każdy wzruszył się, kiedy oglądał fotografie biednych chłopców i dziewczynek płynących przez wodę z miskami zupy dla młodszego rodzeństwa po drugiej stronie rzeki. Opowiadania księdza o braku żywności, środków do życia i ubrań oraz jednoczesny uśmiech i radość tubylców zadziwiały wszystkich.

Wtedy każdy z nas chciał pomóc… Lecz niewielu może zostać prawdziwym misjonarzem oddającym się ludziom i Bogu na całe życie.

Po niewielkim posiłku typowym dla Amazonii, zadaniu kilku pytań konkursowych czas umilił nam nasz gościa-prelegent prezentując kilka brazylijskich piosenek przy akompaniamencie akordeonu. Zadowoleni i myślę, że bardziej szanujący to, co mamy, zakończyliśmy kolejne spotkanie w Klubie Podróżnika.

Iwo Gurdek

W ramach wsparcia działalności misyjnej dorośli uczestnicy klubu w spontanicznej zbiórce pieniędzy, przekazali księdzu ponad 360 zł na dalszą działalność wśród Indian Brazylii.

W czerwcu w KKP miała miejsce prelekcja o Etiopii, podczas której znani z wcześniejszego spotkania o Kenii prelegenci – Bożena i Staszek – przyrządzili injera –kwaśny naleśnik – przysmak etiopski. Serwowano także ostre sosy, palono mirrę – antyczne kadzidło. Sala została przyozdobiona trawą według uroczystego zwyczaju witania gości z tego odległego kraju. Zwyczajowo na koniec spotkania zadawano pytania skierowane do młodzieży, a prawidłowe odpowiedzi zostały nagrodzone amharskimi monetami i banknotami. Najbardziej zasłużeni młodzi klubowicze ( Pamela Gurdek, Iwo Gurdek i Paweł Herma) zostali przez Staszka i Bożenę nagrodzeni pięknymi zdjęciami dzikich plemion z południa kraju. Klub Kulinarnego Podróżnika także otrzymał piękne zdjęcie, które będzie zdobiło naszą salę. Na spotkanie przybyło 75 osób.

Dawno, dawno temu. Za siedmioma górami, za ośmioma lasami i za sześcioma rzekami powstał…. O nie. Nie tak…. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za rzekami….. NIE!!! STOP!! To zabrnęło już za daleko. Przecież wszyscy wiedzą, że tego nie można opowiadać tak….normalnie. Nie można  zacząć normalnie, bo to jest coś niezwykłego. Owszem, kwalifikuje się do grupy bajek, bo to jest prawie jak bajka. Powstało tak nagle,  z rozmachem i sprawia, że wszyscy czują się tam jak, jak, … no jak w bajce….

Jest to Klub Kulinarnego Podróżnika, w którym poznajemy, jak wspaniały może być ( i jest) świat. Dowiadujemy się, że podróżnikiem może zostać KAŻDY. Wystarczą tylko chęci i determinacja. Tutaj nasuwa się stwierdzenie:

„Podróżnik bez chęci, to jak żołnierz bez karabinu.”

Wraz z KKP poznaliśmy bardzo dużo krajów. Od zimnej Alaski przez ciepłe Hawaje, Wenezuelę, Etiopię do wulkanicznej Indonezji. W międzyczasie zatrzymywaliśmy się, żeby coś oczywiście zjeść. Za tę włożoną pracę wszystkim założycielom KKP należą się WIELKIE BRAWA!!!!

Lepiej nie, zapomniałam, że brawom nie byłoby końca:):).

Oby KKP trwał nadal i wciąż się rozwijał, bo to naprawdę świetny pomysł. A teraz przejdźmy do rzeczy. Kazano mi opisać, przepraszam nie kazano, tylko poproszono o opisanie ostatnich dwóch spotkań Klubu. No, jak było??? Jak zawsze fajnie. Jak już chyba wiecie lub pamiętacie spotkanie w czerwcu było o Etiopii. Prelegentką była Pani Bożena. Trzeba przyznać, że opowiadała bardzo ciekawie i interesująco. Gdy atmosfera troszkę zwalniała, to podkręcał ją mąż pani Bożeny, pan Stanisław. Na początku prelekcji wszyscy byli wystraszeni, że nie będzie zdjęć, (złośliwość rzeczy martwych – o ile za takową może uchodzić komputer), ale na szczęście wszystko się naprawiło i doskonale nam służyło. Etiopia to kraj kojarzący się z dziećmi o dużych brzuszkach, a przede wszystkim z biedą i głodem. Pani Bożena wyjaśniła nam, że duże brzuszki są nie przez biedę, lecz przez zanieczyszczoną wodę. Powiedziała nam, że obecnie mało osób umiera z głodu.

Pamela Gurdek